Historia Marka

Wielu z nas mógłby pozazdrościć dzieciństwa w raju rodzinnym, jaki stworzyli mi rodzice. Nie odczuwałem żadnych braków, zarówno w sferze materialnej, jak i emocjonalnej. Jednak gdy kończyłem szkołę podstawową, okazało się, że mój najbliższy kolega zaczął  podkradać swemu ojcu koniaki, winiaki i inne alkohole z wyższej półki. I podpijać sobie. Po takich degustacjach był zawsze w dobrym humorze, a ja, nie mając nic złego na myśli , jak tylko młodzieńcze zaspokojenie ciekawości, spróbowałem, czy alkohol tak samo zadziała i na mnie. Okazało się, że znacznie lepiej niż na niego. Mój kolega miał  odlotowe pomysły, które często uziemiałem, ‒ ku jego niezadowoleniu. Gdy więc odkrył, jak mnie  mieć po swojej stronie, uznał,  iż wystarczy, że będzie mnie częstować, by mieć kumpla wedle  swego życzenia.

Nasze zabawy długo były niezauważane. Tato kolegi, ważna osoba w partii komunistycznej, prawie każdego dnia otrzymywał podarunki tego typu . Często wieczorem rozpoczynał nową butelkę, nie zauważywszy, że pozostałe były regularnie opróżniane.

Byłem najlepszym uczniem w szkole i maturę zdałem jako prymus, ale studia z dala od rodzinnego domu dały mi tyle swobody, że już nad nią nie panowałem .

Gdy przyjeżdżali rodzice, uprzednio  się zapowiedziawszy, spotykali przykładnego studenta, który za własne zarobione pieniądze zapraszał ich na obiad. Czasami jednak się zdarzało, że ojciec, przejeżdżając przez Warszawę, gdzie studiowałem, wpadał niezapowiedziany. Po kilku takich wizytach rodzice poznali prawdę. Wspierali mnie, jak mogli, ale na nic się to zdało, bo  nałóg alkoholowy, do którego doszły jeszcze narkotyki, całkowicie mną zawładnął.

Wiele złego się wydarzyło po opuszczeniu przeze mnie uczelni i zerwaniu kontaktu z rodzicami. Wydawało mi się, że są już niepotrzebni, zacząłem radzić sobie sam. Wszelkie hamulce, które dotąd mnie wstrzymywały , popuściły  i wpłynąłem na szerokie wody światka przestępczego. Dwukrotnie znalazłem się w więzieniu z kilkuletnimi wyrokami. Rodzice jakoś się o tym dowiadywali i odwiedzali mnie. Było to miłe i przykre zarazem, ponieważ  widziałem ich zasmucone i zatroskane twarze.

Po wyjściu z zakładu karnego umiałem tak zatrzeć po sobie ślady, aby brnąć dalej w to bagno, co nie zawsze mi się podobało. Nie widziałem jednak innego wyjścia , jak tylko brnąć w tym po pas i głębiej. 

Podczas drugiej odsiadki wiele się nauczyłem od współwięźniów i po wyjściu na wolność przez parę  miesięcy pracowałem, by zarobić kasę na dobre ubranie i kilka dni imprezowania na salonach. Poznani tam koledzy polubili mnie i zaprosili do współpracy. I tak rozpocząłem biznes z kobietami do towarzystwa. Przez kilka lat kontrolowałem moje nałogi, ale jak Ci  wspomniałem, by móc sprostać zachciankom klientów z wielką forsą, musiałem mocno się nagłowić, by nie wpaść, kiedy będę spełniał   przeróżne wymogi tych, którzy płacili najwięcej.

Pieniądze przewracają ludziom w głowie i ci z czasem przestają uznawać jakiekolwiek ograniczenia ‒z wyjątkiem braku szmalu. Mogę powiedzieć, że dostarczałem wszystko, co tylko klient sobie wymarzył, prócz dzieci.

Trudno było w tak ekstremalnie trudnych warunkach pracować. Z jednej strony klient o wymaganiach przestępczych, z drugiej ‒ policja i detektywi depczący po piętach. Coraz więcej piłem i ćpałem na przemian. Zanim postawiono mnie przed sądem, zdołałem się stoczyć na dno. Wtedy koledzy donieśli, że jestem poszukiwany. Nie czekając ani chwili , pożyczyłem od nich kilkaset złotych, by autobusem dojechać do Irlandii. Tam się zgłosiłem jako bezrobotny i udało mi się oszukać pracownika socjalnego. Przyznano mi kilkaset euro  zasiłku, w sam raz na skromne ćpanie. Nie mogłem pohamować swoich nałogów  i w końcu wylądowałem pod mostem w Cork. Pierwszego stycznia 2010 roku, w dniu, w którym temperatura osiągnęła –10⁰C, a takie niskie temperatury nie były notowane przez kilkadziesiąt lat w Irlandii, ktoś mnie znalazł i udzielono mi pomocy w ostatniej chwili przed ustaniem funkcji życiowych.

Zabrano mnie do szpitala i gdy się ocknąłem, w mojej bluzie znalazłem kartkę, na której przeczytałem: „Tylko Jezus może Ci pomóc i chce to zrobić, jeśli Ty też tego chcesz”. Był podany numer telefonu. Najbardziej bzdurna reklama Jezusa – pomyślałem.

Po chwili, gdy przyszedłem już do siebie, uświadomiłem sobie, że przecież ze szpitala wyjdę z powrotem na ulicę. Przypomniałem sobie stare powiedzenie z domu ojcowskiego: „Tonący  brzytwy się chwyta”. Dużo nie myśląc, zadzwoniłem pod numer wskazany na kartce. Miły męski głos odpowiedział na moje przywitanie. Spytał, gdzie jestem. Nie miałem pojęcia i musiałem zapytać o to przechodzącą właśnie pielęgniarkę. Rozmówca powiedział , że po mnie przyjedzie.

Skracając całą historię, powiem, że przez cały rok ten facet ‒ Martin, były narkoman, okazał mi tyle empatii  i może by tak było do dziś, gdybym po kilku miesiącach nie zapytał: Dlaczego to robisz? Kto stoi za tobą? Dla kogo pracujesz? Wtedy przedstawił mi żywego, prawdziwego Jezusa, który wyciągnął go z grząskiego bagna, takiego samego, w jakim się sam dotychczas taplałem , i postawił na twardej skale.

Zachęcił mnie, abym zrobił to samo. Dużo o Nim opowiadał i czytał Jego słowa, które wypowiadał, będąc tu, na ziemi. Na początku traktowałem te opowieści jak bajkę dla dorosłych ale to, co mówił Jezus, zaczęło przenikać przez moją grubą skórę, jak promienie słońca rozjaśniają wnętrze tak ciemne, iż wydawałoby się, że pochłonie każde  światło.

I tu mnie spotkała największa życiowa niespodzianka. Ten historyczny Jezus zaczął coraz bardziej wyłaniać się z podarowanej mi polskiej Biblii, aż wreszcie mnie objął, emanując miłością, której nigdy nie zaznałem w życiu. Miałem dobrych rodziców, kochali mnie i chcieli tego, co najlepsze dla mnie. Lecz Jego miłość była potężniejsza.

Potrafiła wycisnąć ostatnie krople łez z moich oczu. Nie wiem, jak długo pozostałem w Jego objęciu, ale gdy zawołano mnie na kolację, byłem zapłakany. Nie wstydziłem się tych łez, bo coś we mnie jakby pękło. A przyjaciel, u którego zamieszkałem, wraz ze swoją żoną zapytali: Spotkałeś Go?

Tak! – krzyknąłem, wybuchając płaczem radości, który był mi dotychczas nieznany.

W tym momencie stanęli mi przed oczyma rodzice.

Pamiętałem numer telefonu stacjonarnego i zadzwoniłem, chociaż miałem mieszane uczucia.  Myślałem, że to będzie cud, jeśli ktoś odbierze ten telefon. Kiedy jeszcze byłem w Polsce, ludzie rezygnowali z takich telefonów i używali już tylko komórkowych.

Tak? – odebrała mama. Byłem w szoku! Mama odebrała telefon, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć. Coś mi podpowiedziało: „przeproś”. Zacząłem więc mówić: Mamusiu, przepraszam, bardzo przepraszam, najmocniej przepraszam, czy możecie mi przebaczyć, bo Jezus już mi przebaczył.

Gdy wylałem całe moje serce, usłyszałem głos mamy:  Kto mówi?

Nawet nie pomyślałem, że mama może nie poznać swego syna. Na szczęście przyszła usprawiedliwiająca ją myśl: przecież oni widocznie uznali mnie za zmarłego. Ja już nie żyłem dla nich. Mama nie wierzy, że to ja, ukochany Mareczek.

Zapanowała cisza w słuchawce, po chwili z oddali usłyszałem, jak mama woła tatę i mówi: Chodź szybko, ktoś podszywa się pod Marka.

Wtedy w sposób bardzo obrazowy zobaczyłem siebie w grobie – byłem dla nich martwy. Zamiast ich uradować, przestraszyłem ich moim telefonem.

Ojciec, przejąwszy słuchawkę, zapytał: Kim pan jest?

Zrozumiałem wtedy, że powinienem był wpierw napisać zwykły list i przygotować ich na tą rozmowę. Na to było już jednak za późno. Brnąłem  więc dalej, tłumacząc, że to ja, ich syn, który doprowadził siebie na same dno, że zaczynam wychodzić z niego z Bożą pomocą i teraz błagam o przebaczenie.

Ojciec dalej nie wierzył, że to jestem ja, więc mu przypomniałem, jak podczas studiów ich okłamywałem i zamiast się uczyć, imprezowałem; że byłem dwukrotnie w więzieniu, gdzie mnie odwiedzali, za co jestem im wdzięczny. Mama mnie wreszcie rozpoznała, gdy przedstawiłem się jej jako Maki – bo tak mnie nazywała moja młodsza siostra i tak nazywali mnie wszyscy. Rozpłakała się i spytała: Gdzie jesteś, Maki?

Obiecałem, że za pierwsze pieniądze, jakie zarobię, przylecę, aby ich uściskać i na kolanach przeprosić za zło, jakie im wyrządziłem.

Martin, chociaż nie rozumiał  słów, był wzruszony moją rozmową z rodzicami. To on przez 9  miesięcy okazywał miłość, której nie rozumiałem do momentu, kiedy otrzymałem przebaczenie od Boga.

Po 3  miesiącach na zniszczonym dowodzie tożsamości powróciłem do kraju, nie wiedząc, kto na mnie czeka i czego mogę się spodziewać. Byłem gotów na przyjęcie kary. Po spotkaniu z rodzicami,  siostrą i jej rodziną poszedłem na policję i przyznałem się do przestępstw, które skłoniły mnie do ucieczki za granicę. Posprawdzali w swych rejestrach, wszystko się zgadzało, ale powiedzieli: Sprawa została umorzona. Byłem wolny po raz drugi. Bóg mnie uwolnił od niewoli grzechu – człowiek od słusznie zasłużonej kary.

Teraz, wraz z Martinem i jego żoną, rozkręciliśmy biznes foodtruckowy, który nazwaliśmy Delicious Bad Boys Burgers.  Na rozpoczęcie tej działalności  dostałem pieniądze od rodziców. Nigdy bym się tego nie spodziewał, bo w zasadzie pieniądze powinny być przekazane w odwrotnym kierunku. Oni znów mi zaufali. Ich miłość obrazuje miłość Boga do mnie. Nie stawiali żadnych warunków, ponieważ obserwując mnie przez kilka lat, uwierzyli w zmianę, jakiej tylko mógł dokonać Bóg, który długo na mnie czekał.

Czeka na każdego z nas.

 

Z pozdrowieniami, Mark.

 

PS Cieszyłem się ze spotkania z Tobą, z wyjątkiem incydentu z sokiem.